Thumbnail for Dlaczego Ameryka przegrywa wojnę, którą wygrywa by Good Times Bad Times Polska

Dlaczego Ameryka przegrywa wojnę, którą wygrywa

Good Times Bad Times Polska

29m 0s3,538 words~18 min read
Auto-Generated

[0:00]28 lutego o godzinie 6:35 czasu UTC. Dowództwo Cenkom ogłosiło, że z siłami sojuszniczymi USA rozpoczęło naloty na Iran. W ciągu kolejnych 50 dni amerykańskie i izraelskie naloty dokonały spustoszenia w Islamskiej Republice Iranu. 13 000 uderzeń spowodowało straty idące w setki miliardów dolarów. Zniszczono dużą część potencjału konwencjonalnego oraz przemysłu zbrojeniowego. Co więcej, zabito przywódcę duchowego i politycznego, Alego Chameneiego, oraz szereg innych osób z samej wierchuszki reżimu ajatollahów. Te 50 dni to jednak głównie chaos. Zdejmowanie i nakładanie blokad, zawieszeń i sankcji, czasem w odstępie kilkunastu godzin. Rezultat: światowa gospodarka wzięta w kleszcze, irański reżim walczący do ostatniej kropli krwi i brak sensownego wyjścia z wojny. Dlatego te 50 dni to także dobry czas na kilka zdań pierwszych podsumowań. Mimo że opis otwierający ten odcinek powinien świadczyć o pełnym amerykańskim zwycięstwie, to jednak nie świadczy. Asymetria celów sprawia, że bardziej wnikliwa analiza realnego rachunku zysków i strat jest bardziej problematyczna dla Waszyngtonu. Jest na tyle problematyczna w zasadzie, że uprawnione staje się pytanie, czy Amerykanie ponoszą w Iranie strategiczną porażkę? Bowiem wiele wskazuje na to, że tak. Zapraszam na raport lat 20.

[1:51]Wyobraź sobie, że masz jedną decyzję, która może przesądzić o losach całej Europy, nie za rok, nie za miesiąc, tylko teraz. Front się sypie, sojusznicy naciskają, a każda godzina opóźnienia kosztuje życie tysięcy żołnierzy. Problem w tym, że wojny nie wygrywa się samą siłą, wygrywa się tym, kto szybciej myśli, lepiej planuje i potrafi kontrolować chaos. I dokładnie w takiej pozycji stawia cię Supremacy 1914, darmowa gra strategiczna PvP osadzona w realiach I wojny światowej. Przejmujesz kontrolę nad jednym z historycznych państw i rywalizujesz nawet z 499 innymi graczami w czasie rzeczywistym. Budujesz armię od piechoty i kawalerii, po artylerię i pierwsze czołgi, rozwijasz gospodarkę i decydujesz, czy idziesz w wyniszczającą wojnę pozycyjną, czy szybkie, precyzyjne uderzenia. Możesz grać na PC i mobilnie, więc wracasz do swojej kampanii dokładnie wtedy, kiedy chcesz. Wejdź w link w opisie i odbierz darmowy pakiet startowy o wartości 15 dolarów z medalami bohatera i dostępem do legendarnego Lorenza Zarabi oraz miesiącem konta premium. Na wstępie zaznaczmy dwie kwestie. Każda kampania może być analizowana z wielu płaszczyzn. W geopolityce kluczowym kryterium oceny jest interes danego państwa. Dlatego jedynym racjonalnym fundamentem dla oceny operacji Epic Fury jest interes amerykańskiego imperium. Druga, mówimy o konflikcie cały czas trwającym. Wnioski przedstawione w tym materiale mają charakter strategiczny, a zatem długoterminowe. Niemniej nikt nie posiada kryształowej kuli. Przewrotnie zacznijmy od punktów, które można zaliczyć po stronie plusów. Plusy: Bezcenny trening. Każda armia trenuje, ale to dopiero realne działania wojenne weryfikują rzeczywistość. Maneery tego typu, koordynacja wielu rodzajów sił zbrojnych jest z wojskowego punktu widzenia bezcenną możliwością uzyskania informacji zwrotnej na temat tego, co działa i co ważniejsze, tego, co nie działa. A przypomnijmy jaką potęgę Amerykanie zaangażowali w tę operację. Trzy lotniskowcowe grupy uderzeniowe, niszczyciele, myśliwce, bombowce, samoloty wczesnego ostrzegania czy satelity. W jednym teatrze USA przetestowały B2, F35, Tomahawki, MQ9, tanie drony kamikadze, AI oraz całą architekturę tankowania i dowodzenia. Całość obsługiwało około 50 000 żołnierzy w regionie. Strategiczny rywal Amerykanów, Chińska Republika Ludowa, ostatni raz gorące manewry tego typu przeprowadziła 47 lat temu podczas wojny z Wietnamem. Armia Ludowo-Wyzwolenia wygląda znakomicie na defiladach czy ćwiczeniach w cieśninie Tajwańskiej. Lecz jej realna zdolność bojowa pozostanie tajemnicą do momentu wybuchu prawdziwego konfliktu. A ten, jak pokazuje rzeczywistość, często obnaża wszystkie słabości. Dodajmy do tego testowanie łańcuchów logistycznych i przemysłowych, które w takiej sytuacji muszą napędzać amerykańską kampanię. Wojnę wygrywa logistyka, ta maksyma dalej pozostaje aktualna. Amerykanie stale to trenują. Potwierdzenie możliwości użycia przemocy. Pod tym hasłem kryje się aspekt typowo strategiczny. Ameryka bezlitosnym atakiem na Iran pokazała, że potrafi nie tylko blefować, ale też przejść do czynów, gdy uzna to za konieczne. Kiedy rzucone w eter groźby raz po raz okazują się puste, wówczas odstraszanie strategiczne przestaje działać, a wrogowie mogą chętnie testować granice oddziaływania amerykańskiej projekcji siły. Wejście do wojny pokazuje, że Waszyngton nie jest w stanie realizować groźby, nawet tak dużego kalibru. A to sprawia, że przeciwnicy Waszyngtonu mogą się w przyszłości obawiać sprawdzania amerykańskiego blefu. Konwencjonalne osłabienie reżimu Ajatollahów. Tysiące zrzuconych na Iran bomb, dekapitacja dużej części przywództwa politycznego, anihilacja floty i lotnictwa. Straty Islamskiej Republiki są niepodważalne i pogrążonemu w sankcjach Tehernowi będzie niezwykle trudno je odbudować. Skutki gospodarcze wojny są druzgocące, trudno to opisać słowami. Dotknęły one każdą branżę, powiedziała dziennikowi New York Times Poria Asteraki, inżynier z Teheranu. Według trzech anonimowych irańskich oficjeli, straty wynoszą co najmniej 300 miliardów dolarów. Teraz do tego punktu możemy doliczyć amerykańską blokadę Iranu, która ma jeszcze bardziej pogłębić strukturalne problemy ekonomiczne Islamskiej Republiki. Ajatollahowie wprost określają USA mianem śmiertelnego wroga, więc jego słabość jest na rękę Amerykanom. Ponadto Iran jest uważany za najpotężniejsze państwo Bliskiego Wschodu, szczególnie jego wschodniej części, a jego sąsiedzi, często sojusznicy USA, z uwagi na jego potencjał, tradycyjnie się go obawiają.

[6:54]Systemowa degradacja irańskich zdolności zdecydowanie może być zapisana zatem po stronie korzyści. Przyjście z pomocą najważniejszemu sojusznikowi (Izraelowi). Ten punkt najpewniej wzbudzi kontrowersje, dlatego rozdzielimy go na dwie percepcje. Jeśli ktoś uznaje, że w amerykańskim interesie strategicznym leży bliski sojusz z państwem żydowskim i wspieranie go w różnych inicjatywach na Bliskim Wschodzie, wówczas decyzja o przyjściu sojusznikowi z sukurs niechybnie wzmocniła nierozrywalną więź między oboma narodami. Tel Awiw może zawsze liczyć na swojego dużego brata zza oceanu. Jednak alternatywne pytanie brzmi, czy ta więź nie poprowadziła USA do porażki strategicznej? Ponieważ po drugiej stronie rachunku zysków i strat, lista jest znacznie dłuższa. Minusy: Wzmocnienie podejrzenia zewnętrznego wpływu na rdzeń władzy USA. A zatem druga strona monety opisanej powyżej. Można postawić nie bezpodstawne pytanie, czy amerykańskie wejście do wojny było zasadne w świetle wielu kosztów, nie tylko ekonomicznych, które zaraz rozwiniemy, jest to wątpliwe. Natomiast tym, komu na pewno zależało na amerykańskiej partycypacji, był Izrael. W tym momencie amerykańscy sojusznicy, w szczególności na Bliskim Wschodzie, bo to oni ponoszą gro kosztów, mogą zadawać sobie dwa pytania. Pierwsze brzmi: skoro wiele wskazuje na to, że wojna z Iranem w takim kształcie nie była w interesie Amerykanów, czy to oznacza, że stronnictwo izraelskie wewnątrz amerykańskiego Deep Stateu jest na tyle silne, by udało mu się przeforsowywać decyzje o takiej skali? Jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi tak, to czy powinniśmy naszą wielką strategię opierać na Amerykanach? Zastanawiać się mogą decydenci w Rijadzie czy Abu Zabi. Aczkolwiek istnieje jeszcze wyjaśnienie alternatywne. Percepcja podejmowania ruchów strategicznych w oczach sojuszników. Izrael lobbował za wejściem USA do wojny z Iranem, tak samo jak Ukraina lobbowała za wejściem USA do wojny z Rosją. Jednak decyzja o wejściu Amerykanów do wojny nie musiała być efektem działania pod tytułem, a za wszystkim stoją Żydzi. Podążając za brzytwą Ockhama mogła być zwyczajnie wynikiem słabej analityki i oceny strategicznej. Iran znajduje się tysiące kilometrów od USA i nijak nie zagraża państwowości amerykańskiej. Jego pozycja po wielokrotnych atakach na sam kraj i oś oporu była najsłabsza od dekad. Amerykanie nie musieli nic robić, bo i tak w konfrontacji strategicznej z Iranem wygrywali. Jednakże wejście w pełnoskalową wojnę i postawienie przeciwnika pod ścianą egzekucyjną to zupełnie inna skala wyzwania. Tymczasem każdy postawiony pod ścianą będzie zaciekle walczył o życie do samego końca. A to przepis na kolejne Forever War, wieczną wojnę. Tak jak kilkukrotnie opisywaliśmy na kartach tego kanału, Iran owszem dostał kilka potężnych ciosów. Jego przywództwo polityczne zostało zdziesiątkowane, lecz reżim nie padł i obecnie niewiele wskazuje na to, że padnie, a to prowadzi nas do kolejnego, prawdopodobnie największego minusa. Brak realizacji głównego celu wojny plus wzmocnienie problemu, z którym próbowano walczyć. Można zapytać co było, jest celem tej wojny, choć chaotyczna komunikacja Donalda Trumpa nam tego nie ułatwia. To bliższa inspekcja pokazuje, że realnie żaden z potencjalnych celów nie został spełniony, a co więcej, problemy mogą tylko narastać. Wydaje się, że głównym celem była likwidacja programu nuklearnego. Już operacja Midnight Hammer miała tego dokonać, lecz nie dokonała. Realnie nie ma dowodów na to, że irański program nuklearny przestał funkcjonować. Co gorsza dla amerykańsko-izraelskiego duetu wiele wskazuje na to, że nowe dowództwo polityczne może być bardziej agresywne w próbach uzyskania broni masowej zagłady. Wbrew pozorom, obecna wojna pokazuje, że tylko ona, broń atomowa, jest ostatecznym gwarantem braku agresji, nawet ze strony hegemona. Korea Północna jest państwem o wiele łatwiejszym do zgładzenia, lecz mimo gróźb nikt do reżimu Kim Dzong Una nie próbuje się zbliżyć. Donald Trump przebąkiwał również o zmianie reżimu. Tymczasem reżim nie tylko nie padł, to w dodatku zyskał wielu męczenników. Ali Chamenej i spółka jeszcze bardziej wgrzyzli się w trzewia Islamskiej Republiki. Pogrążony w problemach ekonomicznych reżim ajatollahów miał coraz większą trudność w legitymizacji własnych rządów. Bezpośredni atak poniekąd wyciągnął do nich pomocną dłoń. Co gorsza teraz poczucie apatii wśród społeczeństwa może się jedynie nasilić. Skoro nawet bezpośredni atak USA nie obalił ajatollahów, to co go obali? Zastanawiać się mogą umiarkowani Irańczycy. Pytanie jednak czy ograniczony, bez domeny lądowej, atak z powietrza mógł doprowadzić do zmiany systemu politycznego? Tenże reżim mimo strat w ludziach, które w wymiarze ideologicznym poniekąd go wzmacniają, zgodnie z motywem męczeństwa mógł się także przekonać o sile własnych kart. Świadczy o tym śmiałość kolejnych irańskich żądań. Do tej pory istotność Ormuzu była znana, lecz nikt w praktyce nie wiedział czy Iran byłby w stanie efektywnie zablokować eksport ropy i innych surowców z Zatoki i jak w takiej sytuacji zachowałoby się USA. Dopiero wojna rozwiała wątpliwości. Dodajmy do tego atakowanie krytycznej infrastruktury regionu.

[12:44]To wszystko mogło ajatollahów uświadomić o sile własnej pozycji, o tym, że w praktyce mogą mieć mocniejsze karty niż się im wydawało. Bowiem przyciśnięty do ściany Iran był w stanie wziąć za zakładnika globalną gospodarkę. Wpływ na globalną i krajową gospodarkę.

[13:00]Blokada cieśniny Ormus stworzyła największy kryzys naftowy od 50 lat. Kryzys, który dalej trwa i nie wiadomo kiedy się skończy. Baryłka ropy przekroczyła cenę 100 dolarów za baryłkę. Momentami sięgając szczytów wysokości 141 dolarów. Na rynkach zaczyna fizycznie brakować surowca, a do tego dochodzą produkty ropopochodne, gaz czy nawozy. Wbrew różnym narracjom suflowanym przez obecną administrację, USA to dalej gospodarka globalna. Ameryka jest jednym z głównych importerów świata, a jej oparty na usługach eksport zależy od siły nabywczej państw świata. Dlatego uderzenie w cenę i podaż głównego paliwa konwencjonalnego i późniejsze miotanie się z kontrolą jego ceny spada na karb sprawcy całego zamieszania. A to prowadzi nas do kolejnej konsekwencji. Wzrost niestabilności na Bliskim Wschodzie.

[13:57]To działanie z cyklu geopolitycznej algebry. Skoro główny antagonista regionu zweryfikował własne karty i stwierdził, że są mocniejsze niż mu się wydawało. Skoro potwierdził, że mimo własnej słabości ekonomiczno-wojskowej jest w stanie szantażować cały świat. Skoro do władzy doszli twardogłowi, którzy wierzą, że dopiero siła zapewni Iranowi przetrwanie, skoro armia irańska oraz Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, najważniejsze zasoby ludzkie, irańskiej siły militarnej zostały nietknięte. Skoro to wszystko się wydarzyło, wówczas dość jasnym jest, że całość rysuje ponure perspektywy nad stabilizacją kotła Bliskiego Wschodu. Dodajmy do tego zawsze bojowo nastawiony Izrael, który będzie stale dążył do dokończenia sprawy, Arabię Saudyjską czy Emiraty, które są poważnie zbulwersowane wojną irańską. I otrzymujemy beczkę prochu, która może eksplodować w każdej chwili. A zauważmy, że jeśli Amerykanie wyjdą z tej wojny po cichu, to znaczy stwierdzą, że wojna im się dalej nie kalkuluje, co jest jedną z możliwości, którą w swoim słowotoku przytoczył Donald Trump, zostawiając wszystkie państwa Zatoki, Arabię, Emiraty czy Katar, całkowicie uzależnionych od polityki Teheranu. Kiedy bowiem Amerykanie wyszliby z wojny, Arabowie musieliby na nowo ułożyć się z Teheranem. Jednak jego żądania, podobnie jak względem Waszyngtonu, będą maksymalistyczne. Teheran mimo strat własnych może szybko poprawić swoją sytuację strategiczną i wzmocnić się jako potęga regionalna, którą trzeba pytać o zdanie w każdym wypadku. To nie tylko podważy amerykański status w regionie, lecz znosi znamiona całkowitego wywrócenia porządku na tym teatrze, wliczając w to perspektywę dużej wojny. Dlatego mimo rosnących kosztów Amerykanie cały czas szukają rozwiązań. Jednak z tego patu nie ma opcji bezkosztowego wyjścia z twarzą. Marnotrawstwo zdolności w perspektywie wojny o Tajwan. A przecież w perspektywie wisi stale wojna z przeciwnikiem z całkiem innej kategorii wagowej, Chinami. Cała narracja o wstrzymaniu dostaw uzbrojenia na Ukrainę, dostarczana między innymi przez podsekretarza stanu Colbiego, opierała się na logice oszczędzania zasobów i zdolności na teatr najbardziej priorytetowy, Wschodni Pacyfik. Można było się z tym zgadzać lub nie, ale miało to sens. Amerykanie szczególnie w świetle wydłużonych łańcuchów dostaw, mieli szanować i rozbudowywać własne magazyny rakiet i pocisków, by być gotowym w razie wojny o Tajwan. Tymczasem Iran w przeciwieństwie do Ukrainy nie okazał się państwem oddalonym o tysiące kilometrów, na który nie warto trwonić zasobów. Tysiące krytycznych amerykańskich rakiet i bomb spadło na Iran. Zapasy wielu z nich już wcześniej były niskie, a teraz stały się krytycznie niskie. Problemy dotyczą przede wszystkim środków precyzyjnych, jak rakiety Tomahawk czy JSM, które stanowią kluczowe zdolności w kontekście zatapiania chińskiej floty inwazyjnej. Podobnie uszczupliły się efektory obrony przeciwlotniczej, systemy Patriot czy FAD. Uzupełnienie przy obecnym tempie produkcji może potrwać nawet lata. Owszem, zgodnie z punktem po stronie plusów Amerykanie zafundowali sobie solidny test, jednak kosztowało ich to bardzo wiele i nie tylko stricte w wymiarze ekonomicznym czy posiadanych zasobów uzbrojenia. Moment oddechu dla Federacji Rosyjskiej. Ktoś cynicznie mógłby rzec: Amerykanie upiekli trzy pieczenie na jednym ogniu. Pozwolili reżimowi ajatollahów na mocniejsze wgrzyzienie się w trzewia Iranu oraz podbicie własnych akcji. Wzmocnienie doraźnych szans Armii Ludowo-Wyzwolenia w walce o Tajwan, oraz dali krytycznie potrzebne powietrze wojującej z Ukrainą Federacji Rosyjskiej. Bingo. Nie ulega wątpliwości, że blokowanie rosyjskiego eksportu ropy leży w amerykańskim interesie, ponieważ sam Donald Trump tę politykę zaostrzył. Jednak blokada Ormuzu sprawiła, że wyjęła Kreml spod sankcji, przez co ten osiągnął najwyższe tygodniowe wpływy budżetowe od blisko czterech lat. Ukraińcy własną kampanią uderzeń starali się zminimalizować wpływ wzrostu cen ropy i zdjęcia sankcji, ale nawet to nie przeszkodziło Moskwie w uzyskaniu tego niespodziewanego prezentu. A zatem Waszyngton nie tylko otworzył nowy teatr wojenny na światowej szachownicy, lecz ponadto podlał oliwą ten największy, palący się żywym ogniem, od przeszło czterech lat. Degradacja percepcji zdolności armii US w oczach sojuszników.

[18:40]Koszt stanowi także sama percepcja tej kampanii w oczach świata. Amerykanie mieli podczas tej wojny mało do wygrania, a wiele do przegrania i to się potwierdziło. Iran miał być pokonany szybko, miał nie mieć kart i dysponować rachityczną technologią. Jednak US Forces, doliczając IDF, nie jest w stanie zdalnie, bez boots on the ground, stłamsić irańskiego potencjału. Co więcej, punktowe trafienia Iranu podważają percepcję supremacji armii amerykańskiej w oczach sojuszników i przeciwników. Zniszczone samoloty F15, E-3 Sentry, C-130J czy Stratotankery nie stanowią dużej straty dla potężnej armii amerykańskiej. Jednak stanowią dużą rysę na omnipotencji US Navy. Jeszcze większą rysę stanowi niezdolność US Navy do przymusowego odblokowania cieśniny Ormus. Iran tanimi środkami pokazuje limity amerykańskiej potęgi, a w interesie tejże potęgi bynajmniej nie jest, aby przeciwnicy te limity znali i co gorsza testowali. Przewrotnie jednak powinniśmy być ostrożni w negatywnej ocenie komponentu militarnego. Pozostaje pytanie, czy bez inwazji lądowej realizacja celów w postaci neutralizacji programu atomowego, czy zmiana reżimu była w ogóle osiągalna? Wiele wskazuje na to, że nie, a to sprawia, że odpowiedzialność spoczywa nie na generałach, a politykach, a sam błąd jest z gatunku strategicznych. Czy to koniec bezlitosnego dla Waszyngtonu bilansu? Okazuje się, że nie. Zwróćmy uwagę na jeszcze trzy aspekty. Pierwszy z nich to zużycie kapitału politycznego wewnątrz obozu zachodniego. Ten punkt poniekąd wiąże się z tym odnoszącym się do percepcji oceny strategicznej ruchów amerykańskiej administracji. Donald Trump kipiał z wściekłości, kiedy europejscy sojusznicy odmawiali zaangażowania się w operację Epic Fury. W komunikacji pojawiły się nawet groźby wyjścia z NATO. W każdej relacji sojuszniczej istnieje pewien balans. Sojusznicy starają się wzajemnie przynosić coś do stołu, lecz jednocześnie nie nadużywać gościnności tego drugiego, ponieważ warto jest trzymać ten kapitał na sytuację krytycznie istotne dla danej strony. Kiedy Europa widzi, że wezwanie dotyczy bardzo kiepsko przygotowanej operacji, kiedy nie widać jasnych dróg wyjścia, operacji, która z gruntu rzeczy jest ofensywna, wówczas naturalnie chcą się trzymać z daleka. Tym bardziej, że Sojusz Północnoatlantycki z samej nazwy, ale i z zapisów traktatowych ma bardzo konkretny wymiar geograficzny, który to Amerykanie przy projektowaniu sojuszu celowo ograniczyli. Żeby europejskie mocarstwa postkolonialne nie wciągały Waszyngtonu w swoje problemy w innych częściach świata. Dodajmy do tego mały niuans w postaci niedawnego podważania integralności terytorialnej członków NATO przez USA. Mowa tu o Kanadzie i Danii. Trump lubi narrację kształtować w sposób taki, że to tylko USA utrzymywały NATO. To złudna percepcja. Owszem, Ameryka jako największe mocarstwo dominowała i dominuje nad sojuszem. Sojusz jednak partycypował w wielu amerykańskich projektach czy jest także kluczowym klientem amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego i nie tylko. Ponadto wyprzedzająco odpowiadając na zarzut Donalda Trumpa, że to USA zawsze przychodzi wszystkim w NATO z pomocą, a reszta NATO nigdy USA nie pomaga, należy rzec, że jest wręcz przeciwnie. Europejczycy zaangażowali się w bezsensowne z perspektywy czasu amerykańskie kampanie w Iraku czy Afganistanie, które pochłonęły miliardy dolarów i setki istnień ludzkich. To również była kampania z gruntu rzeczy ofensywna. Reszta NATO nigdy nie wciągnęła Ameryki w kampanie tak kosztowne, ofensywne i z gruntu rzeczy bezsensowne. A Ukraina? Ukraina nie jest w NATO, więc pomoc Kijowowi nie odbywała się podług natowskiej wykładni, choć zdecydowanie była w interesie europejskiej części NATO. Ale przecież nie jest tak, że powstrzymywanie rosyjskiej inwazji nie jest, było w interesie Imperium Amerykańskiego. Oczywiście, że jest. Odwracając sytuację, gdyby to Izrael doświadczył inwazji lądowej i z pomocą przyszłaby mu Ameryka, prosząc o pomoc państwa Europy, dopiero wówczas mówilibyśmy o sytuacji analogicznej. Wówczas również odpowiedź Europy byłaby inna. Niuance są kluczem. Przejdźmy teraz do przedostatniego punktu. Brak korelacji między dokumentami strategicznymi, a rzeczywistością.

[23:18]Papier przyjmie wszystko. W grudniu zeszłego roku Waszyngton przedstawił nową Narodową Strategię Bezpieczeństwa. Dokument odbił się szerokim echem i miał zwiastować nową erę w amerykańskiej polityce. I tak NSS określiło amerykańskie priorytety w następującej kolejności geograficznej. Najważniejsza ponownie jest zachodnia hemisfera i bezdyskusyjna dominacja Ameryki. Na drugim miejscu są Chiny i rywalizacja strategiczna. Na trzecim miejscu do niedawna kluczowy teatr europejski i dopiero na dalekim czwartym miejscu znajduje się Bliski Wschód. Dalej jest jedynie Afryka. Robi się jeszcze ciekawiej, jak wczytamy się w konkretne zapisy. NSS wprost przyznaje, że zmienne, które czyniły Bliski Wschód priorytetem, są już nieaktualne, a powody dla Ameryki, by angażowała się na Bliskim Wschodzie, przestają mieć rację bytu. Z perspektywy czasu ciekawie brzmi zdanie: cytat: powinniśmy wspierać i doceniać reformy, gdy pojawiają się one w sposób naturalny, nie próbując narzucać ich z zewnątrz. Kluczem do udanych stosunków z Bliskim Wschodem jest akceptacja tego regionu, jego przywódców i narodów takimi, jakimi są, przy jednoczesnych współpracach w obszarach leżących we wspólnym interesie. No cóż, nie wyszło. Dodajmy, że jedno z pierwszych zdań NSS brzmi: strategia Stanów Zjednoczonych musi umieć oceniać, porządkować i ustalać priorytety. Nie każdy kraj, region, problem czy sprawa, choćby nawet jak najbardziej słuszna, może stać się przedmiotem amerykańskiej strategii. Celem polityki zagranicznej jest ochrona podstawowych interesów narodowych. Na tym i tylko na tym koncentruje się ta strategia. Można rzec: strategia sobie, rzeczywistość sobie. Ostatnia konkluzja jest tego najbardziej jaskrawym dowodem. Światowa proliferacja broni masowej zagłady.

[25:15]To może być największy paradoks. Broń nuklearna, którą Amerykanie chcieli zniszczyć, może stać się jeszcze bardziej powszechna, swoisty geopolityczny efekt Barbry Streisand. Można zakładać, że irański reżim, jeśli wyjdzie z tej wojny żywy, wiele na to wskazuje, to nie porzuci programu atomowego, sądząc, że to jedyna droga do przetrwania. Co gorsza, analizując przypadek irański, a także ukraiński, przywódcy państw widzą, że broń jądrowa stanowi ostateczne i skuteczne, czego dowodzi Korea Północna, narzędzie odstraszania. W taki wyścig może wejść nie tylko Iran, ale także Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, które mają zasoby, by ekonomicznie rozwijać ten kierunek. Na pewno rozważa to Turcja czy Egipt. Na świecie podobne dyskusje toczą się także w Korei Południowej, Japonii, Szwecji, Polsce, Niemczech czy Ukrainie. Lekkomyślna strategia prowadzi do niezamierzonych efektów. Argumentacja przedstawiona powyżej pokazuje, że wojna z Iranem prowadzona w takim kształcie, nie tylko nie obsługuje interesu amerykańskiego, lecz długofalowo działa na jego niekorzyść. Mimo doraźnych zwycięstw taktycznych, jak konwencjonalne osłabienie reżimu ajatollahów czy wstrzymanie programu nuklearnego, wojna nie rozwiązuje problemów systemowych. Co gorsza, ustawia długofalową trajektorię na zasadniczo niekorzystną dla USA. Chyba, że w toku tej wojny Waszyngton znajdzie możliwość obalenia reżimu lub jego poddania. Jednak nic na to w tym momencie nie wskazuje. Blokada Ormuzu przez US Navy wydaje się ostatnim narzędziem przymusu poniżej progu operacji lądowej. I o ile Iran jest uzależniony od eksportu własnych węglowodorów, tak naturalnie wracamy do motywu walki do ostatniej kropli krwi, którą ajatollahowie uważają, że muszą teraz toczyć. Ostatnie epizody, takie jak ostrzelanie i abordaż przez US Navy irańskiego tankowca oraz odmowa Teheranu wzięcia udziału w kolejnej rundzie rozmów wskazują, że cały bałagan bynajmniej nie chyli się ku końcowi. Oczywiście Stany Zjednoczone Ameryki są na tyle potężne, że nawet takie błędy jak te przedstawione w tym odcinku nie stanowią dla nich egzystencjalnego zagrożenia. Aczkolwiek kumulacja błędów strategicznych (Irak, Afganistan, Iran), rozmontowywanie własnych sojuszy (NATO), prowadzenie wątpliwej apologetycznej polityki względem mocarstw rewizjonistycznych (Rosja) oraz antagonizowanie głównego klienta amerykańskich czempionów technologicznych (Unia Europejska), stanowi niewytłumaczalne państwo irracjonalnych błędów, za które Ameryka, a za co za tym idzie, amerykańskie społeczeństwo, w ten czy inny sposób zapłaci.

[28:30]Partnerami kanału są KFD, polski producent suplementów diety i żywności funkcjonalnej, Oponeo.pl, zmieniaj opony na lepsze w 24 godziny, aplikacja inwestycyjna XTB, a także InFakt, zakładanie działalności za 0 zł, księgowość i aplikacja do prowadzenia firmy. Dziękujemy także naszym patronom, których wsparcie umożliwia nam tłumaczenie treści na wiele języków. Niezmiennie również zachęcam do wspierania akcji Paczki dla Ukrainy.

Need another transcript?

Paste any YouTube URL to get a clean transcript in seconds.

Get a Transcript