Thumbnail for Nikola Tesla - Geniusz, który dał nam wszystko i został z niczym by Prawdziwe Historie

Nikola Tesla - Geniusz, który dał nam wszystko i został z niczym

Prawdziwe Historie

43m 1s5,087 words~26 min read
Auto-Generated

[0:00]Wyobraźcie sobie ten moment. Jest 7 dzień stycznia 1943 roku. Jesteśmy w Nowym Jorku. Hotel New Yorker. To nie jest jakaś tam dziura. To jeden z tych wielkich Art Deco molochów. Wjeżdżamy na 33 piętro. Korytarz jest cichy. Dywany tłumią kroki. Dochodzimy do pokoju numer 3327. Drzwi są zamknięte. Na klamce wisi tabliczka nie przeszkadzać, ale wisi tam już od dwóch dni. W końcu pokojówka, pewnie czując, że coś jest nie tak, ignorując znak, wchodzi do środka. Na łóżku leży wychudzony, blady staruszek. Nie żyje. To Nikola Tesla. Ma 86 lat i umarł tak, jak żył przez ostatnie dekady, kompletnie sam. No, może nie do końca sam, bo towarzyszyły mu jego ukochane gołębie, ale o tym jak bardzo to było dziwne, porozmawiamy później. I teraz pomyślcie: normalnie, gdy umiera starszy pan w hotelu, wzywa się koronera, rodzinę czy może księdza. Ale nie w tym przypadku. Tutaj niemal natychmiast do akcji wkracza FBI. I to nie jacyś szeregowi agenci, ale przedstawiciele Office of Alien Property, Urząd do Spraw Własności Obcokrajowców. Co jest o tyle absurdalne, że Tesla był obywatelem USA od 1891 roku. Chodziło o to, co było w jego sejfie i w tych wszystkich kufrach i skrzyniach, które walały się po pokoju. Rząd Stanów Zjednoczonych był przerażony. Trwała II wojna światowa, a Tesla, cóż, Tesla od lat opowiadał prasie, że zbudował Promień Śmierci. Broń tak potężną, że mogłaby strącić 10 000 samolotów z odległości 400 km. Nazywał to Teleforce. Broń, która kończy wojny, zanim te się na dobre rozpoczną. FBI wchodzi, zabezpiecza wszystko. Wynoszą skrzynie, dokumenty, notatki. Wszystko znika w czeluściach rządowych magazynów. I tu zaczyna się prawdziwy thriller. Dokumenty trafiają do analizy. I wiecie, kto je bada? Profesor z MIT. Nazywał się John G. Trump. Brzmi znajomo? Tak, to rodzony wujek Donalda Trumpa. Świat jest mały. Trump przejrzał papiery i stwierdził oficjalnie: Spokojnie, tutaj nic nie ma. Same filozoficzne brednie starego człowieka. Ale czy na pewno? Bo wiecie, dekady później, kiedy odtajniono część akt, okazało się, że pewne kluczowe dokumenty, dotyczące bezprzewodowego przesyłu energii i te słynne Promienie Śmierci po prostu zmieniły lokalizację i nigdy ich nie odnaleziono. Zniknęły. Kim był ten człowiek, którego martwego bało się FBI? Szaleńcem? Prorokiem? Czy może największym niedoszłym władcą świata? Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się na sam początek. I mówię wam, ten początek jest jak scena z Frankensteina. Zapraszam na dzisiejszą opowieść.

[3:44]Cofamy się do roku 1856. Jesteśmy w małej wiosce Smiljan. Dzisiejsza Chorwacja, wtedy Cesarstwo Austriackie. Jest noc z 9 na 10 lipca. Na zewnątrz szaleje burza stulecia. Pioruny walą jeden za drugim. Niebo jest wręcz białe od wyładowań. I w samym środku tego elektrycznego piekła rodzi się Nikola Tesla. Legenda, a może fakt, bo często się to powtarza, mówi, że położna, która odbierała poród, była przerażona. Powiedziała do matki Tesli: Ta burza to zły znak. Na to jego matka, Duka Tesla, spojrzała na nią i powiedziała: Nie, on będzie dzieckiem światła. I faktycznie, od małego to dziecko było jakieś takie inne. Jego ojciec, Milutin, był prawosławnym księdzem. Był też utalentowanym pisarzem i poetą, ale zarazem surowym gościem, który chciał, żeby syn też poszedł w sutannę. Ale Nikola, on miał głowę w chmurach i to dosłownie. Miał niesamowitą eide tyczną pamięć. Trochę podobną do fotograficznej. Jest to umiejętność odtwarzania dźwięków, obrazów lub konstruktów z pamięci z bardzo dużą dokładnością. Odziedziczył to po matce, która sama była niezłą wynalazczynią domowych sprzętów. Ale to, co działo się w głowie małego Nikoli to był czysty Matrix. Miewał wizje, widział błyski światła, które były tak silne, że zacierały mu obraz rzeczywistości. Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą, a tu nagle bum. Widzicie przed oczami schemat silnika w 3D, którym można obracać w myślach. I to tak wyraźnie, że nie wiecie, czy to co widzicie jest prawdziwe, czy nie. Ale był jeden moment, który, jak sam Tesla twierdził, ustawił go na całe życie. Miał może kilka lat. Była zima, suche, mroźne powietrze. Nikola głaskał swojego kota, Maczaka. Kiedy przejechał ręką po grzbiecie zwierzęcia, posypały się iskry, głośne trzaski. Mały Nikola zapytał ojca, tato, co to jest? A ojciec, który był bardzo czytanym człowiekiem, odpowiedział: Cóż to jest elektryczność. To samo co widzisz podczas burzy, w błyskawicach. Dla małego chłopaka to był szok. Pomyślał sobie, czy to znaczy, że natura to taki wielki kot, a Bóg go głaszcze? Od tego momentu miał na ten temat obsesję. Chciał okiełznać tę siłę, chciał być tym, który głaszcze kota. Ale zanim został władcą piorunów, musiał przeżyć, a to wcale nie było takie pewne. W wieku 17 lat Tesla złapał cholerę i nie mówimy tu o lekkim zatruciu. Chłopak umierał. Leżał w łóżku przez 9 miesięcy, majaczył. Lekarze dawali mu zero szans na przeżycie. Jego ojciec siedział przy nim zrozpaczony. I nagle nastąpił moment zwrotny, jak w filmie. Półprzytomny Nikola szepnął do ojca: Wyzdrowieję, jeśli obiecasz mi jedną rzecz. Jeśli pozwolisz mi iść na studia inżynierskie, zamiast zrobić ze mnie księdza. Ojciec widząc umierającego syna pękł. Obiecał mu, że wyśle go na najlepszą politechnikę na świecie. I wiecie, co? Stał się cud. Nikola wyzdrowiał. Czy to była siła woli, czy może przeznaczenie? Nie wiemy, ale to był moment, w którym świat zyskał geniusza, a kościół stracił prawdopodobnie bardzo słabego duchownego. Ale to był dopiero początek, bo prawdziwa gra o tron miała się dopiero rozpocząć, kiedy ten chudy, wysoki chłopak z dziwnym akcentem postawił stopę w Ameryce. Tam czekał na niego boss, Thomas Edison. I powiem wam to nie było przyjacielskie spotkanie przy herbatce. To była wojna. Jest rok 1884. Nikola Tesla schodzi ze statku w nowojorskim porcie. Wygląda jak milion dolarów? Absolutnie nie. Ma na sobie surdut, który widział lepsze czasy, a w kieszeni, uwaga, to nie żart, całe 4 centy. 4 centy i tobołek z ubraniami. To był cały jego majątek na start w krainie możliwości. Ale Tesla miał w kieszeni coś jeszcze, coś cenniejszego niż złoto. List polecający. Napisał go Charles Batchelor, gość, dla którego Tesla pracował w Europie. List był zaadresowany do samego króla elektryczności, Thomasa Edisona. Treść tego listu to absolutne mistrzostwo świata w zagraniu krótkiej piłki. Batchelor napisał: Znam dwóch wielkich ludzi. Jednym jesteś ty, drugi jest ten młody człowiek, który właśnie stoi przed tobą. Wyobraźcie to sobie. Edison czyta to, patrzy na tego chudego serbskiego emigranta z dziwnym spojrzeniem i myśli sobie: No dobra, zobaczymy, co potrafisz. I tu musimy na chwilę się zatrzymać, żeby zrozumieć, w co wpakował się Tesla. Edison był wtedy Bogiem, ale jego system, prąd stały, miał gigantyczny problem. Był zbyt słaby, żeby oświetlić miasto. Edison musiał budować elektrownie co milę, bo prąd umierał w kablach w drodze. To było nieefektywne, drogie i po prostu głupie. Tesla od razu wiedział, że to ślepa uliczka. On miał już w głowie prąd zmienny, potężną siłę, która mogła pędzić setki kilometrów bez zadyszki. Ale Edison nie chciał o tym słyszeć. Dla niego ten rodzaj prądu był niebezpieczny i zbyt skomplikowany. Mimo to Edison zatrudnił Teslę. Dał mu zadanie z serii Mission Impossible. Jego generatory na prąd stały ciągle się psuły, były awaryjne i mało wydajne. Edison rzucił Tesli wyzwanie: Popraw moje maszyny. Zrób tak, żeby działały wydajnie, a dam ci 50 000 $. 50 000 $. W tamtych czasach to była mała fortuna. W przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze to około miliona dolarów. Tesla, który był naiwnym idealistą, wziął to na poważnie. Harował jak wół, dzień i noc. Przebudował te maszyny, ulepszył je, zrobił z nich cudeńka inżynierii. Po kilku miesiącach wykończony, ale dumny, poszedł do gabinetu szefa. Panie Edison, zrobiłem to. Maszyny działają idealnie. Poproszę moje 50 000 $. I wtedy stało się coś, co zdefiniowało relacje tych dwóch gigantów na zawsze. Edison spojrzał na niego, roześmiał się i powiedział: Tesla, ty chyba nie rozumiesz naszego amerykańskiego poczucia humoru. Że co? To był żart? Tesla poczuł się, jakby ktoś dał mu w twarz. Nie chodziło nawet o pieniądze, ale chodziło o zasady, o honor. Tesla był wściekły i zdruzgotany chciwością Edisona. Zrobił jedyną rzecz, jaką mógł zrobić człowiek z jego dumą. Rzucił papierami, odszedł natychmiast. Drugą wersją tej historii jest to, że Tesla po kilku miesiącach pracy powiedział Edisonowi, że jedynym rozwiązaniem, aby te maszyny działały, jest przejście na prąd zmienny. Ale wtedy Edison się nie zgodził i odmówił wypłacenia nagrody. Podsumowując, Tesla nigdy nie zobaczył tych pieniędzy. Tesla był wściekły i zdruzgotany chciwością Edisona, ale duma nie napełni żołądka. I tu dochodzimy do momentu, o którym rzadko się mówi w szkole. Wielki Nikola Tesla, geniusz, który miał zmienić świat, wylądował na ulicy. Jest rok 1885. Tesla jest bezrobotny. Jego pierwsza firma upadła, bo inwestorzy go oszukali. Nie ma nic. Żeby przeżyć podejmuje się jedynej pracy, jaką może znaleźć, kopie rowy.

[12:17]Tak, dobrze słyszycie. Człowiek, który w głowie projektował silniki napędzane polem magnetycznym, stoi w błocie i machał łopatą za 2 dolary dziennie. Wyobraźcie sobie, jak musiał się czuć. Kopał rowy pod kable. Prawdopodobnie pod kable Edisona. To musiało boleć jak diabli. Tesla wspominał ten okres w swoim życiu jako czas straszliwych bólów głowy i gorzkich łez. Ale historia lubi zwroty akcji. I ten zwrot nadszedł w osobie George'a Westinghouse'a. Westinghouse był bogatym przemysłowcem, wynalazcą hamulców kolejowych i co najważniejsze, rywalem Edisona. Kiedy usłyszał o silniku prądu zmiennego Tesli, tym magicznym silniku, który miał działać wiecznie, Westinghouse wiedział, że to jest to. To był Święty Graal. Biznesmen odnalazł Teslę i złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Kupił jego patenty za ogromną sumę i zaoferował mu tantiemy od każdego wata wytworzonej energii. W jednej chwili Tesla stał się bogaczem, z kopacza rowów do milionera. Ale to nie był koniec problemów. To był dopiero początek wojny, prawdziwej, brutalnej wojny. Edison, widząc, że Tesla i Westinghouse mają lepszą technologię, wpadł w szał.

[13:43]Wiedział, że nie wygra jakością, więc postanowił wygrać strachem. Rozpoczęła się wojna prądów. Edison uruchomił machinę propagandową, jakiej świat nie widział. Chciał udowodnić, że prąd Tesli, prąd zmienny, zabija.

[13:59]Płacił dzieciakom za łapanie bezpańskich psów i kotów, a potem, potem urządzał publiczne pokazy, na których raził te zwierzęta prądem Tesli, żeby pokazać tłumom: patrzcie, to jest prąd Westinghouse'a. Chcecie to mieć w domu? To było okrutne, to było podłe, ale bardzo skuteczne. Ludzie byli przerażeni. Edison posunął się nawet do tego, że sfilmował egzekucję słonia o imieniu Topsy. Tak, usmażył słonia prądem tylko po to, żeby zniszczyć reputację Tesli. Edison maczał też palce w stworzeniu krzesła elektrycznego, tylko po to, żeby śmierć na krześle kojarzyła się z prądem zmiennym. Tesla musiał odpowiedzieć, ale nie zrobił tego zabijając zwierzęta. Zrobił to w swoim stylu, stylem gwiazdy rocka nauki. Zaczął organizować pokazy, na których przepuszczał przez swoje własne ciało prąd o napięciu setek tysięcy woltów. Stał na scenie w garniturze, a z jego palców strzelały błyskawice. W dłoni trzymał żarówkę, która świeciła bez żadnych kabli. Ludzie patrzyli na niego, jak na czarnoksiężnika. Patrzcie, żyje, mówił. Taki to był facet. Miał też znanych kumpli. Jego najlepszym przyjacielem był sam Mark Twain. Tak, ten pisarz. Twain uwielbiał przesiadywać w laboratorium Tesli i wiąże się z tym historia, która jest absolutnym hitem. Twain miał problemy z, no, powiedzmy, trawieniem. Cierpiał na zaparcia. Tesla powiedział mu: Słuchaj, mam tu taką platformę wibracyjną. Wejdź na nią, to ci się polepszy. Twain wszedł, maszyna zaczęła wibrować. Pisarz był zachwycony. To wspaniałe, czuję się rześko, krzyczał. Tesla ostrzegał: Mark, zejdź, już wystarczy. Ale Twain nie chciał słuchać. Bawił się świetnie jeszcze przez minutę, aż nagle jego twarz zbladła. Oczy wyszły z orbit i sprintem pobiegł do toalety. Historia nie mówi, czy zdążył. Tak więc oficjalnie Nikola Tesla wynalazł nie tylko prąd zmienny, ale też najdroższy i najbardziej zaawansowany środek przeczyszczający w historii. Ale nadchodził czas ostatecznego starcia. Chicago, w 1893 roku, Wystawa Światowa. To tam miała się rozstrzygnąć przyszłość świata. Kto oświetli to gigantyczne miasteczko? Edison czy Tesla? To, co się tam wydarzyło, zmieniło wszystko. To był moment, w którym ludzkość wyszła z mroku jaskini i weszła w erę, w której żyjemy dzisiaj. Wystawa światowa, nazwano ją Białym Miastem. Dlaczego? Bo po zmroku, kiedy normalnie miasta tonęły w ciemnościach rozjaśnianych tylko bladymi lampami gazowymi, Chicago zapłonęło. Edison był pewny swego. Myślał, że to on dostanie kontrakt na oświetlenie tej imprezy. Ale Westinghouse i Tesla zrobili coś szalonego. Złożyli ofertę, która była o milion dolarów tańsza niż oferta Edisona. I wygrali. Wyobraźcie sobie, że jesteście tam wtedy. Tłumy mężczyzn w cylindrach, kobiety w gorsetach, z rozdziawionymi ustami patrzą na coś, czego ich mózgi nie potrafią przetworzyć. Nagle na sygnał zapala się 100 000 żarówek jednocześnie. To nie było tylko światło. To była magia. To był dowód na to, że prąd zmienny Tesli jest bezpieczny, piękny i potężny. Tesla był tam oczywiście gwiazdą. Chodził w swoim idealnie skrojonym garniturze, wysoki, tajemniczy i robił show. Przepuszczał ten swój prąd przez ciało, zapalał lampy trzymane w dłoniach bez żadnych kabli. Ludzie wariowali. To był moment, w którym Edison wiedział, że przegrał. Ale chwila, tu musimy zaciągnąć hamulec ręczny, bo w tej historii jest dziura, o której Amerykanie wam nie powiedzą. Jeśli myślicie, że to Tesla jednoosobowo dał nam prąd, który mamy teraz w gniazdkach, jesteście w błędzie. W cieniu Tesli stał ktoś jeszcze. Człowiek, którego wymazano z historii tylko dlatego, że jego kraju nie było na mapie. Nazywał się Michał Doliwo-Dobrowolski. Polak. Sprawa wyglądała tak: Tesla wymyślił silnik dwufazowy. Był genialny, ale miał swoje ograniczenia. Wpadał w wibracje, był bardzo skomplikowany. Doliwo-Dobrowolski spojrzał na projekt Tesli i powiedział: Da się to zrobić lepiej. I w latach od 1889 do 1891 roku dokonał niemożliwego. To on, a nie Tesla, stworzył kompletny system prądu trójfazowego. To jest ten standard, na którym dzisiaj wisi cała nasza cywilizacja. On mi coś, że jakaś wtyczka nie podłączona. Mówię: mnie to nie interesuje, nie chodzi mi telefon. No i on powiedział swoje, że, że i tak w Wojkowicach mają lepiej, tutaj mam... Silnik klatkowy, Polak. Generator trójfazowy, Polak. Transformator też on. Kiedy Tesla dopiero walczył o uznanie w USA, Doliwo-Dobrowolski w Europie zrobił coś, co zawstydziło wszystkich. Przesłał prąd na odległość 175 km, z Lauffen do Frankfurtu z minimalnymi stratami. To był nokaut. To wtedy świat zrozumiał, że prąd stały Edisona to przeżytek. Więc dlaczego o nim nie słyszeliście? Dlaczego Tesla jest na koszulkach, a Dobrowolski w archiwach? Bo patentował swoje wynalazki w Niemczech. Polski nie było wtedy na mapach, byliśmy pod zaborami. Nie mógł krzyczeć, to polski wynalazek, bo formalnie był obywatelem nieistniejącego państwa. Więc ustalmy fakty. Tesla był wizjonerem i showmanem, który sprzedał idee prądu zmiennego światu. Ale to inżynieria Michała Doliwo-Dobrowolskiego sprawiła, że ten prąd faktycznie popłynął przez kontynenty. Jeśli uważacie, że Polacy powinni znać własnych geniuszy, zapamiętajcie to nazwisko. Ale wróćmy do Tesli. Ten miał marzenie, które wykraczało poza zwykłą inżynierię. Marzył, żeby ujarzmić Niagarę. Kiedy był dzieckiem, patrzył na mały wodospad obok swojego domu rodzinnego i zastanawiał się, jak można by wykorzystać tą siłę. Marzył, żeby ujarzmić Niagarę i w 1895 roku to marzenie stało się rzeczywistością. Zbudował pierwszą na świecie elektrownię wodną na Niagarze. To był gigantyczny projekt. Wydrążyli pionowe szyby w skale, żeby woda mogła spadać, napędzając turbiny. Kiedy włączyli przełącznik, prąd popłynął do Buffalo, oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów. To był ostateczny cios dla Edisona. Prąd stały umarł. Prąd zmienny Tesli zaczął płynąć w żyłach Ameryki. Teraz pomyślcie sobie: no dobra, Tesla wygrał, jest bogaty, sławny, ustawił się na całe życie. Otóż nie. I tutaj dochodzimy do momentu, który sprawia, że mamy ochotę krzyczeć w ekran. Westinghouse, partner Tesli, wpadł w tarapaty. Inwestorzy i bankierzy, widząc jak wielka jest to gra, zaczęli go cisnąć. Powiedzieli mu wprost: Twój kontrakt z Teslą jest zbyt hojny. Jeśli będziesz mu płacił te tantiemy od każdego silnika, od każdego wyprodukowanego wata, zbankrutujesz. Musisz się go pozbyć. Westinghouse był uczciwym gościem. Poszedł do Tesli i powiedział mu prawdę. Słuchaj, jeśli nie zmienimy umowy, moja firma upadnie, a jeśli moja firma upadnie, twój system prądu zmiennego upadnie razem z nią. Edison wygra. I co zrobił Tesla? Co zrobilbyście wy, mając w rękach kontrakt, który w przyszłości zapełniłby wam, pewnie, miliardy dolarów? Tesla spojrzał na Westinghouse'a i powiedział: Pan był moim przyjacielem, kiedy inni we mnie nie wierzyli. Jeśli podarcie tej umowy uratuje mój system i da światu prąd, to niech tak będzie. I podarł umowę. Rozumiecie to? W jednej sekundzie zrezygnował z bycia jednym z najbogatszych ludzi na planecie. Kto nie wkurza się, kiedy zgubi darmowy kupon na kawę w Żabce? Gość właśnie podarł papier, który zrobilby z niego pierwszego miliardera świata. To się nazywa miły gest. Zrobił to dla idei, dla nas, a być może z braku instynktu biznesowego, żebyśmy mieli prąd w gniazdkach. I to była decyzja, która skazała go na biedę w późniejszych latach. Ale na razie Tesla wciąż miał sławę i miał nową obsesję. Obsesję, która zaprowadziła go na skraj szaleństwa. Jest rok 1899. Tesla pakuje swoje manatki, wyjeżdża do Nowego Jorku. Jedzie do Colorado Springs. Dlaczego tam? Bo tamtejsze powietrze jest rzadkie, a burze gwałtowne. Idealne miejsce dla władcy piorunów. Buduje tam dziwne laboratorium. Drewniana stodoła na pustkowiu, z której wystaje wielki maszt. Na drzwiach wiesza tabliczkę z cytatem z Boskiej Komedii Dantego. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. No, powiedzcie mi, że to nie jest scenografia do horroru. W środku buduje potwora, gigantyczną cewkę, transformator o średnicy 15 metrów. To nie była zabawka. Kiedy Tesla to odpalał, działy się rzeczy, które przeczyły zdrowemu rozsądkowi. Generował sztuczne błyskawice długie na 40 metrów. Huk był tak potężny, że słyszano go w mieście oddalonym o 24 km. Ludzie w Colorado Springs byli przerażeni, kiedy Tesla włączał maszynę. Z ziemi wylatywały iskry pod butami przechodniów. Konie na ulicach dostawały wstrząsów od metalowych podków. Motyle latały dookoła z aurorami ognia Świętego Elma. To był totalny chaos. Raz przesadził tak bardzo, że spalił generator w lokalnej elektrowni i całe miasto pogrążyło się w ciemnościach. Musiał przepraszać i naprawiać szkody. Ale po co to wszystko? Tesla odkrył coś niesamowitego. Zrozumiał, że Ziemia, Ziemia to nie tylko skała. To gigantyczny przewodnik. Odkrył ziemskie fale stacjonarne. Uwierzył, że może wykorzystać samą planetę do przesyłania prądu. Wyobraźcie sobie to. Wbijacie żarówkę w ziemię, gdziekolwiek na świecie, a ona świeci, bez kabli, za darmo. Tesla nawet to udowodnił w małej skali. Zapalił 200 żarówek, oddalonych o 40 km od swojego laboratorium, przesyłając prąd przez ziemię. Był w transie, pracował nocami, spał po dwie godziny i pewnej nocy, siedząc przy swoich czułych odbiornikach, usłyszał coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Jego urządzenie zaczęło odbierać regularny sygnał. Tesla wiedział, że to nie są zakłócenia atmosferyczne. To był kod, inteligentny sygnał. Był przekonany, że właśnie nawiązał kontakt z inną cywilizacją. Rozmawiałem z Marsem, ogłosił światu. Prasa go wyśmiała. Szalony naukowiec gada z kosmitami. Zrobili z niego wariata, ale Tesla był śmiertelnie poważny. Do końca życia wierzył, że odebrał sygnał z innej planety. Dziś niektórzy sugerują, że mógł przypadkiem odebrać sygnał od innego wynalazcy, Marconiego, który testował radio w Europie. Ale Tesla w to nie wierzył. Zraniony kpinami, ale pewny swego, Tesla wrócił do Nowego Jorku z planem, który miał przyćmić wszystko, co zrobił do tej pory. Miał plan budowy światowego systemu, Internetu, radia i elektrowni w jednym na 100 lat przed powstaniem Internetu. Potrzebował tylko pieniędzy. I tu na scenę wkracza człowiek, który trząsł całą Ameryką. Oprócz Rockefellera był tam też J.P. Morgan. Jeden z potężniejszych bankierów świata. Morgan dał mu 150 000 $. To jakieś dzisiejsze miliony. Tesla kupił ziemię na Long Island. Miejsce nazywało się Wardencliff i tam zaczęła się budowa czegoś, co wyglądało jak gigantyczny grzyb z drewna i miedzi. Wieża Wardencliff miała 57 metrów wysokości. Pod nią wydrążono tunele głębokie na 30 metrów. To miała być stacja nadawcza dla całego świata. Tesla obiecał Morganowi radio, przesyłanie wiadomości giełdowych, notowań, nawet może muzyki. Ale Tesla, jak to Tesla, kłamał, a raczej nie mówił całej prawdy. Morgan myślał, że inwestuje w radio. Tesla budował maszynę do darmowej energii dla każdego człowieka na Ziemi. I tu, moi drodzy, był moment, w którym Tesla popełnił błąd, który kosztował go wszystko. Bo J.P. Morgan nie został jednym z najbogatszych ludzi świata, rozdając rzeczy za darmo. Jest wiosna 1903 roku. Noc, ale nie taka zwykła noc. Na Long Island panuje gęsta cisza. W środku gigantycznej wieży Wardencliff stoi Nikola Tesla i jego zaufana asystentka. Nie ma prasy, nie ma inwestorów. Są tylko oni i maszyna, która ma zmienić historię ludzkości. Wszystkie te wydarzenia ta asystentka później przekazała w licznych wywiadach. Tesla postanowił, że tej nocy nie będzie bawił się w półśrodki. Tej nocy zamierza odpalić system na pełnej mocy. Musicie wiedzieć, że to, co znajdowało się pod wieżą było równie imponujące, co sama wieża. Tesla kazał wydrążyć sieć tuneli i szybów, które sięgały głęboko w ziemię do wód gruntowych. Wierzył, że jeśli złapie planetę elektrycznym uściskiem, Ziemia zadziała jak gigantyczny kabel. Tesla staje przy głównej dźwigni. Kiwa głową do asystentki. Zaczyna się. Najpierw słychać cichy pomruk, ale po chwili dźwięk zmienia się w coś, co asystentka opisała później jako głęboki, mechaniczny ryk. Jakby sama konstrukcja ożyła. Podłoga zaczęła drżeć. Powietrze w pomieszczeniu gęstnieje od elektryczności. Włosy stają dęba, a po metalowych barierkach zaczynają pełzać iskry. I wtedy z szytu kopuły wystrzeliwuje oślepiający biało-błękitny łuk elektryczny. To nie była błyskawica, która znika po ułamku sekundy. Okoliczni mieszkańcy, którzy mieszkali kilometry dalej, mówili później, że niebo nad Wardencliff rozbłysło tak jasno, jakby w środku nocy wzeszło słońce. Ale to, co stało się chwilę później jest absolutnie niewiarygodne. Kilometry dalej w domach same zaświeciły się lampy. Wyobraźcie to sobie. Siedzicie w chałupie na odludziu, a wasza żarówka na stole zaczyna świecić sama z siebie. Zasilana prądem płynącym prosto z powietrza i ziemi. Tesla stał nieruchomo. Nie cieszył się, obliczał, szeptał coś do siebie, jakieś cyfry. I nagle wskaźniki oszalały. Igły na zegarach wyskoczyły poza skalę. System stał się niestabilny. Ziemia oddawała energię szybciej niż wieża mogła ją przetworzyć. Cewki zaczęły się przegrzewać, pojawił się dym. Tesla zrozumiał, że balansuje na krawędzi katastrofy. Jednym gwałtownym ruchem szarpnął dźwignię i odciął zasilanie. Huk ustał, światło zgasło. Zapodła ciężka, dzwoniąca w uszach cisza.

[30:51]Tesla stał chwilę w milczeniu, wciąż trzymał rękę na dźwigni. W końcu odezwał się cicho, a w jego głosie asystentka usłyszała nie triumf, ale strach. Powiedział tylko dwa słowa: To działa. Ale to nie koniec tej nocy. Bo kiedy emocje opadły i zaczęli zamykać laboratorium, asystentka wyjrzała przez okno w stronę linii drzew, otaczających posesję. I wtedy serce podeszło jej do gardła. Tam w ciemności stali ludzie. Nie byli to gapie z miasteczka, nie byli to reporterzy. To była grupa mężczyzn w ciemnych mundurach bez żadnych oznaczeń. Stali nieruchomo wpatrując się w wieżę. Nie podchodzili bliżej, nie rozmawiali, po prostu obserwowali. Kobieta była przerażona, czuła, że to nie są zwykli ludzie. Wyglądali na jakichś agentów, może rządowych, może szpiegów obcego mocarstwa. Ktoś wiedział, ktoś obserwował Teslę od dawna. I wiecie, co? Następnego ranka koszmar stał się rzeczywistością. Tesla dostał list. Nie od rządu, ale od wysłannika J.P. Morgana. List był krótki i brutalny. Wyrażano w nim poważne zaniepokojenie czymś, co nazwano niekontrolowanym rozprzestrzenianiem energii. Morgan nie był głupi, zrozumiał, co się stało. Jeśli Tesla może wysłać prąd każdemu na ziemi bezprzewodowo, to gdzie się podłącza licznik? Jak na tym zarobić? Jeśli każdy może wbić antenę w ziemię i mieć darmowy prąd, to imperium energetyczne Morgana jest warte 0 $. Kurek z pieniędzmi został zakręcony natychmiast. Projekt Wardencliff umarł w jedną noc. Ale to nie wszystko. Niedługo potem na terenie laboratorium zaczęli pojawiać się dziwni ludzie. Wchodzili do środka jak do siebie. Konfiskowali notatki, pakowali sprzęt do skrzyń. Asystentka wspominała, że wyglądało to jak nalot. Zabierali najbardziej wrażliwe elementy maszyn i dokumenty, które tłumaczyły, jak to wszystko działa. Tesla był zdruzgotany. Z dnia na dzień z wizjonera stał się bankrutem, z wielką bezużyteczną wieżą. Kiedy kobieta zapytała go, czy kiedyś wznowi projekt, Tesla spojrzał na nią smutnym wzrokiem i powiedział zdanie, które powinno dać nam wszystkim do myślenia. Zrozumieli, że to działa i właśnie dlatego to zatrzymali. Wkrótce potem wieża została zburzona i sprzedana na złom za grosze. Marzenia o darmowej energii dla świata legło w gruzach. A Tesla, zaczął się zmieniać. Z genialnego inżyniera zaczął powoli zmieniać się w tego dziwnego staruszka karmiącego gołębie w parku. A skoro mówimy o dziwactwach, Tesla miał ich całą masę. I to takich, przy których wasze natręctwa to nic. Po pierwsze, miał obsesję na punkcie liczby 3. Mył ręce trzy razy z rzędu. Zanim wszedł do budynku, obchodził go trzy razy dookoła. W hotelach mieszkał tylko w pokojach, których numer dzielił się przez 3. Po drugie, nienawidził pereł. I to jak. Nie mógł znieść widoku pereł na szyi kobiety. Do tego stopnia, że kiedyś odesłał do domu swoją sekretarkę, bo przyszła do pracy w biżuterii właśnie z pereł. Miał jakiś fizyczny wstręt do kulistych przedmiotów. I po trzecie, podczas kolacji, zanim zaczął, musiał obliczyć objętość sześcienną jedzenia na talerzu. Zupy, groszku i wszystkiego, zanim wziął kęs do ust. Jeśli nie potrafił tego obliczyć, nie jadł. I z nim na pizzę? Cóż, koszmar. Ale jego koniec powoli nadchodził. Ale zanim do niego dojdziemy i ostatecznej tajemnicy zaginionych akt, musimy pomówić o czymś jeszcze. O jego mrocznej stronie, o Promieniu Śmierci i o tym, jak Tesla przewidział smartfony, radary i Wojny Dronów, kiedy inni wciąż jeździli dorożkami. Jesteśmy w latach 30. XX wieku. Tesla jest już staruszkiem. Mieszka w hotelach, z których co jakiś czas go wyrzucają, bo nie płaci rachunków. Ale jego umysł, jego umysł wciąż pracuje na najwyższych obrotach. Tyle, że teraz wchodzi na terytoria, które brzmią jak scenariusz filmu Science Fiction. Tesla zaczął opowiadać prasie o swojej nowej broni. Nazywają Teleforce. Ale gazety szybko chrzczą ją mianem Promienia Śmierci. Musicie zrozumieć, że Tesla nienawidził wojny. Był pacyfistą, ale uznał, że jedynym sposobem na zakończenie wojen jest stworzenie broni tak przerażającej, że nikt nie odważy się zaatakować drugiego kraju. Trochę jak Oppenheimer i pakt nuklearny, ale zanim powstała bomba atomowa. Tesla twierdził, że jego urządzenie potrafi wystrzelić wiązkę cząstek, nie laser, ale strumień energii, który z odległości 400 km strąci z nieba 10 000 samolotów wroga, jak kaczki. Powiedział: Mogę stopić silnik samolotu w locie. Oferował tą technologię rządom USA, Wielkiej Brytanii, a nawet Związkowi Radzieckiemu. Czy zbudował prototyp? Istnieją teorie spiskowe i tu robi się naprawdę mrocznie, które łączą Teslę z katastrofą Tunguską z 1908 roku. Pamiętacie potężną eksplozję na Syberii, która powaliła miliony drzew, a nikt nie znalazł krateru. Niektórzy sugerują, że Tesla próbował wtedy przesłać potężną wiązkę energii przez biegun, ale chybił i trafił w tajgę. Oczywiście, to jest legenda, ale fakt, że ludzie w ogóle biorą to pod uwagę, pokazuje jak potężny był ten człowiek w oczach świata. Ale zostawmy na chwilę superbronie, bo to, co Tesla przewidział w kwestii naszej codzienności, jest chyba jeszcze bardziej szokujące. Wyobraźcie sobie rok 1898, Madison Square Garden. Tesla pokazuje małą łódkę, pływającą w basenie. Steruje nią bez dotykania, używa fal radiowych. To był pierwszy na świecie dron. Ludzie na widowni wariowali. Krzyczeli, że to magia, że to telepatia, albo, że w środku łodzi siedzi wytresowana małpa. Nie mieściło im się w głowie, że można sterować maszyną na odległość. A Tesla, on już wtedy mówił, że w przyszłości powstaną bezzałogowe pojazdy bojowe. Przewidział drony bojowe na 100 lat przed ich powstaniem. Mało to dołóżmy jeszcze to. Jest rok 1917, trwa I wojna światowa. Niemieckie łodzie podwodne dziesiątkują statki aliantów. Tesla idzie do rządu USA i mówi: Słuchajcie, możemy użyć fal radiowych, żeby odbijały się od kadłubów statków. Dzięki temu zobaczymy wroga pod wodą. Opisał zasady działania radaru. 20 lat przed jego wynalezieniem. I wiecie, co się stało? Szefem Rady Doradczej Marynarki Wojennej był wtedy, zgadnijcie, kto? Thomas Edison. Edison spojrzał na pomysł Tesli i powiedział wojskowym: To bzdura. To nie zadziała z technicznego punktu widzenia. Projekt odrzucono. Przez prywatną wojenka Edisona i Tesli technologia radaru opóźniła się o lata, co mogło kosztować życie tysięcy marynarzy. To pokazuje, jak bardzo osobiste urazy mogą zmienić bieg historii. A teraz wyciągnijcie z kieszeni smartfona. Spójrzcie na niego. Wiecie, że Tesla opisał to urządzenie w 1926 roku? Powiedział w wywiadzie: Kiedy sieć bezprzewodowa zostanie w pełni wdrożona, cała Ziemia zmieni się w ogromny mózg. Będziemy mogli się komunikować natychmiastowo, niezależnie od odległości. Będziemy widzieć i słyszeć się nawzajem tak doskonale, jakbyśmy stali twarzą w twarz. A urządzenia, które nam to umożliwią, będą tak małe, że zmieszczą się w kieszeni kamizelki. Teraz schowajcie swój telefon do kamizelki. Ale z biegiem lat geniusz Tesli zaczął mieszać się z samotnością i dziwactwami. Ten elegancki mężczyzna, który kiedyś brylował na salonach, teraz każdą wolną chwilę spędzał w parku, karmiąc gołębie. I to nie było zwykłe hobby. On traktował te ptaki jak swoich najlepszych przyjaciół. A jednego z nich, jednego kochał w sposób, który trudno opisać. Była to biała gołębica. Tesla mówił o niej: Kochałem tego gołębia tak, jak mężczyzna kocha kobietę, a ona kochała mnie. Dopóki ją miałem, moje serce miało cel. Kiedy gołębica zachorowała, Tesla wydał 2000 $. Pieniędzy, których nie miał, żeby zbudować dla niej specjalny aparat podtrzymujący życie. Kiedy zdechła, stwierdził, że z jej oczu wydobyło się potężne światło, jaśniejsze niż jego lampy w laboratorium. Wtedy wiedział, że jego praca dobiegła końca. I tak wracamy do początku naszej historii. Do pokoju 3327 w hotelu New Yorker, do samotnej śmierci w otoczeniu gołębi i skrzyń pełnych sekretów. Tesla zmarł jako bankrut. Człowiek, który dał światu prąd zmienny, silnik indukcyjny, radio. Tak, Sąd Najwyższy przyznał mu rację, pośmiertnie, odbierając palmę pierwszeństwa Marconiemu. Piloty do telewizorów, neony i podstawy pod XX wiek. Umarł w długach. A co z dokumentami? Oficjalnie John G. Trump, wujek Donalda, stwierdził, że w papierach Tesli nie ma nic ważnego.

[41:05]Ale z odtajnionych po latach dokumentów FBI wynika coś innego. Część akt dotyczących bezprzewodowego przesyłu energii i promienia śmierci zostało oznaczonych jako brakujące lub przeniesiona. Ale gdzie? Do tajnych wojskowych laboratoriów. Albo leżą gdzieś w piwnicy pod Waszyngtonem, tuż obok Arki Przymierza i aktualnego miejsca zameldowania Elvisa Presleya. Kto wie? Tego nie dowiemy się pewnie nigdy. Więc kim był Nikola Tesla? Był człowiekiem, który urodził się za wcześnie. Przybył na ziemię z przyszłości i próbował nam ją dać. Ale my byliśmy zbyt zajęci zarabianiem pieniędzy na licznikach prądu, żeby go zrozumieć. Chciał dać nam darmową energię, chciał połączyć świat, chciał zakończyć wojny.

[42:02]Przegrał bitwę o pieniądze z Edisonem i Morganem, ale wygrał wojnę o historię, bo dziś, kiedy włączacie światło, ładujecie telefon, albo jedziecie elektrycznym samochodem, tak naprawdę żyjecie w świecie, który wymyślił ten chudy chłopak z Chorwacji, który urodził się w czasie burzy, a matka stwierdziła, że będzie dzieckiem światła. Dzięki, że dotrwaliście do końca tej niesamowitej podróży. Jeśli historia Tesli też was zelektryzowała, przeprowadźcie piorunujący atak na przyciski subskrypcji i polubienia. Dajcie znać w komentarzach, czy myślicie, że rząd USA wciąż ukrywa do dziś plany darmowej energii. To koniec środowych filmów w grudniu. Mam nadzieję, że tą serią umiliłem wam trochę czas, po oczekiwaniu na święta. Wracamy standardowo do poniedziałków. Pozdrawiam was bardzo serdecznie. Do następnej sprawy. Cześć.

Need another transcript?

Paste any YouTube URL to get a clean transcript in seconds.

Get a Transcript